Gdyby w dowolnym momencie mojego życia naszła mnie chęć na szaloną, noworoczną imprezę lub spontaniczną fiestę dekady, i miałabym możliwość teleportowania się do jednego miejsca na świecie, to nawet wybudzona z głębokiego snu o 3 w nocy odpowiem bez zawahania: Las Vegas, Babe! Byłam, widziałam i co najważniejsze – przetrwałam. Do tej cudacznej stolicy światowej rozpusty wracać zapewne będę jeszcze nie raz. Fizycznie i na papierze. Moja pierwsza blogowa podróż będzie nietypowa, bo odbędzie się do osobliwości Las Vegas charakterystycznych właśnie dla tego miasta, a niekoniecznie znanych szerszemu gronu odbiorców. Vegas, I’m coming!

What happens in Vegas stays in Vegas

V jak VIP

Na początek bardzo nietypowo i zupełnie nie jak w Vegas. Nawet nieco sennie, i to w dosłownym znaczeniu tego słowa. To co wam za moment zdradzę pewnie zasługuje na potępienie, bo przecież takiemu miastu należy dać się pochłonąć, nie tylko poprzez zatracenie się w smakach, zapachach czy rzuceniu się w odmęty imprezy. A jednak czasem nad tym wszystkim górę może wziąć… spanie. Tak właśnie! Łóżka w pokojach hotelowych w Vegas są po prostu nie do opisania. Olbrzymie, ogromne, niemoralnie wygodne łoża, których nie sposób porównać do łóżek z eleganckich paryskich apartamentów. W takim królewskim łożu zmieściłaby się nie tylko jedna drobna blondynka z Wodzisławia Śląskiego, ale i cała jej rodzina. Jeśli więc gdzieś można poczuć się jak prawdziwy VIP, przynajmniej na czas snu, to właśnie w mieście, które – o ironio, nie zasypia nigdy.

E jak ekstrawagancja

W Vegas impreza jest zawsze. I zawsze towarzyszy jej, hmm… określmy to mianem swoistej oryginalności. Niezależnie od godziny połowa ludzi niesie w rękach olbrzymie drinki nalewane do napełnionych lodem gigantycznych pojemników o rozmaitych kształtach. Popularna jest zwłaszcza wąska tuba o długości jednego jardu, ale imprezowicze chętnie stawiają na większe pojemności. Vegas nie zna kompromisów. Także jeśli chodzi o poziom abstrakcyjności rozrywki. Czego tu nie znajdziemy…

Od restauracji z każdą możliwą kuchnią, przez rollercoaster jeżdżący wewnątrz i na zewnątrz hotelu, magików, klaunów, fantazyjnie ubranych transwestytów, sklepy z luksusami, aż do muzeów, galerii, strzelnic i atrapy słynnej paryskiej wieży. Oszaleć można i od tego nadmiaru możliwości i ze szczęścia. Jeśli ta szczęśliwość pcha cię do tańca – nie krępuj się! Tu możesz zaszaleć choćby na środku ulicy. Dołączy do ciebie tabun ludzi lub nikt nie zwróci uwagi, bo akurat wybuchać będzie wulkan pod hotelem The Mirage (który to z tego miejsca GORĄCO polecam!).

G jak grosze za luksus

Powiecie – kogo na to stać? I tu kolejna niespodzianka. Otóż za moją komnatę dzieloną z przyjaciółką Natalią zapłaciłam… 59 zł / za noc! Pamiętam dokładnie, bo upewniłam się kilkakrotnie czy aby na pewno nie mam przewidzeń. Hotele w Vegas to nieprawdopodobnie tanie! A do tego znakomita większość na równie znakomitym poziomie. Przestronne, urządzone ciekawie, z pomysłem.

Dla przykładu. Jeśli wybierzecie na swoją bazę wypadową hotel The Venetian, zaliczycie dwie podróże w jednej. Szaleni projektanci zamienili część jego wnętrza w pogodny wenecki dzień. Lub noc, bo oświetlenie „nieba” dopasowuje się do godziny. Jeśli w tym momencie zapytacie sarkastycznie czy da się tam popływać gondolą, zmuszona jestem… potwierdzić! Nucący pod nosem gondolier przewiezie was i wasze poczynione wcześniej zakupy.

A jak awangarda

Zabawa może być bardzo kosztowna, ale nie można po prostu darować sobie choćby jednej rundki w ruletkę czy pokera. Zwłaszcza, gdy po jednej stronie stołu siedzi starsza pani w stroju rodem z paryskich rewii z lat czterdziestych, a z drugiej postawny potentat naftowy (a tak prawdę mówiąc, pewnie hodowca bydła) z Teksasu. Nietrudno zgadnąć skąd pochodzi – rondo jego stetsona mogłoby zasłonić pewnie stan Maine, krawat o wymownej barwie, i spinki w kształcie mapy stanu zdradzają go do reszty. Gdyby nie upuszczony żeton mogłabym nie uświadczyć – ku mej nieopisanej zapewne stracie, gustownych butów ze skóry aligatora. Gdyby jednak sama faktura obuwia nie naprowadziła mnie na trop zwierzęcia to miały to uczynić indiańskie kamienie przytwierdzone do butów imitującego  amerykańskiego drapieżcę. Vegas, a jakby Meksyk. Szaleństwo!

A tak zupełnie serio takie towarzystwo to już skarb, do którego gra staje się tylko dodatkiem. Z Vegas jak z ruletką – nigdy nie wiesz z kogo tym razem los uczyni twojego sąsiada.

S jak samotność

Koniec V-E-G-A-S-wyliczanki równie zaskakujący jak jej początek. Choć w luksusowych hotelach kasyna są centrum dobrej zabawy, najlepszych drinków i uśmiechniętych ludzi, warto bliżej przyjrzeć się tym, którzy przy słynnych automatach do gry spędzają godziny, dni, tygodnie, miesiące, całe życie. To ludzie, którzy nie zauważają dnia i nocy, świąt, sylwestra czy nowego roku. Ich świat zaczyna się i kończy na migających im przed oczami światełkach. Na oczekiwaniu czy wypadnie arbuz jeden, czy tym razem wreszcie trzy. Ubrani w wygodne sandały, dresy czy woniejące nieco starą szafa elegantsze sukienki i garnitury, siedzą ze wzrokiem martwo wbitym w jeden punkt przy centowych maszynach, które skrzętnie ustawia się tam, gdzie widok zawziętych graczy razi najmniej. Palą papierosa za papierosem. Vegas pozwoli robić ci wszystko i gotowe zaspokoić każdą twą potrzebę, byle byś tylko nie pomyślał o opuszczeniu kasyna. Taki obraz Vegas trapi i nurtuje. Tak obraz Vegas dopełnia obrazu miasta, które w swych skrajnościach jest totalne. Nawet jeśli – paradoksalnie – bywa szalenie smutne. I samotne, jak droga, która do Vegas prowadzi…