Z biurem podróży, backpackersko, last minute. Autokarem z sześćdziesięcioma osobami na pokładzie czy solo z plecakiem wypchanym polarami. Nie ma takiego sposobu na podróż, który z góry bym skreśliła. Każdy sposób dobry, bo własny. Uwielbiam być wśród ludzi. Ale równie mocno jak ich towarzystwa potrzebuję samotności, najlepiej w wersji travel. Dokądkolwiek. W Polsce uciekam nad morze. A jeśli byłaby to zagranica? Hm… Gdy myślę o wielkiej ucieczce, myślę o Stanach Zjednoczonych.

Ameryka jest jak jaśniejące miasto na wzgórzu, którego światło jak latarnia prowadzi zewsząd ludzi miłujących wolność – Ronald Reagan

Ameryka jak ketchup

Bezkres. To słowo chyba najlepiej oddaje pierwszą myśl roztaczającego się przez przednią szybę samochodu widoku. Samochodu spokojnie płynącego przez drogi Arizony, Nevady, a nawet – kojarzonej przecież z wielkimi miastami i intensywnym życiem – Kalifornii. Byłam kiedyś w Stanach z moją przyjaciółką Olą. Pojechałyśmy pracować skończyłyśmy podróżując od miejsca do miejsca. Na tamtym wyjeździe do naszego słownika na stałe weszło hasło: „Bo w Ameryce wszystko jest wielkie!”. I tak rzeczywiście jest, zwłaszcza gdy jesteś drobną blondynką i trafiasz do ogromnego Nowego Jorku. Czujesz się jakbyś trafiła do przerośniętego świata w formacie XXL. Drapacze chmur, hamburgery, łóżka, butelki z ketchupem, autostrady, pudełka z lodami i czasem sami Amerykanie.

Rozmiar huge obowiązuje też poza granicami miast. Wystarczy wyjechać z metropolii, by dobitnie utwierdzić się w przekonaniu, że w Ameryce NAPRAWDĘ wszystko jest wielkie. Przestrzeń zdaje się być nieskończona, chmury na niebie jak namalowane, a spokój i ciszę naruszają okazjonalnie pieski preriowe, które zaciekawione przybyszami próbują rzucać się pod koła samochodu (najchętniej zabrałabym je ze sobą wszystkie!).

Puchaci strażnicy bezdroży

Te małe i urocze stworzenie potrafi przyprawić o równie nagły, co nieoczekiwany skok adrenaliny, żeby nie powiedzieć stan przedzawałowy. No bo stoi sobie taki piesek na poboczu, poszczekuje coś po swojemu i wygląda w tym wszystkim jak statyczna puchata figurka. Tymczasem na widok nadjeżdżającego samochodu wpada w nagły obłęd i z szaleńczym błyskiem w oku rzuca się prosto pod pędzący pojazd! Możliwe, że dla takiego pieska przecinające z rzadki krajobraz auto to synonim nadjeżdżającej spiżarki. Niejednokrotnie bowiem znużeni trwającą wieki podróżą ciekawscy turyści zatrzymują się na chwilę, by rzucić niedojedzoną kanapkę lub chociaż jakieś ciasteczko. Tym sposobem pieski preriowe stały się najbardziej interesownymi wartownikami amerykańskich pustkowi.

Poza tym taki człowiek to dla nich nieocenione źródło chwilowej rozrywki. Ktoś nieodporny na takie pustynne i skaliste klimaty może tu oszaleć. Samotnik, w dodatku kochający przestrzeń, będzie całymi dniami siedział i napawał się statecznym krajobrazem, ciszą, spokojem. Ba, całymi dniami? Noce są szczególnie piękne – zwłaszcza zimowe, z krystalicznie czystym powietrzem. Gdy podniesiesz głowę do góry – przepadłeś z kretesem. Kosmos na wyciągnięcie ręki. Takich gwiazd można nie widzieć całe lata w Europie, nawet na cichych pustkowiach hiszpańskich gór. Ustępować im może podobno tylko zorza polarna, ale i ta trafia się czasem – choć rzadko – w okolicach przytulających się już do Kanady. O Alasce wspominać nie będziemy, bo to nadal miejsce o zupełnie innej magii niż reszta Stanów Zjednoczonych. Ale to właśnie na pustyni można zrozumieć, dlaczego flaga USA to „gwiaździsty sztandar”.

Dla każdego coś amerykańskiego

Nie każdy kocha pustynne klimaty, gdzie co kilkaset kilometrów można zapewnić sobie okazjonalne towarzystwo zblazowanych i mocno umalowanych – a do tego uprzejmych i uroczych! – lekko podstarzałych kelnerek z przydrożnych dinerów pamiętających jeszcze lata sześćdziesiąte. Można zatem pojechać tam, gdzie pięknie i zielono. A takimi słowami w telegraficznym skrócie odwiedzający opowiadają o stanie Oregon, zwłaszcza o przepięknych brzegach Columbia River. Osobiście aż tam nie dotarłam, ale widok na zdjęciach wprost zapiera dech w piersi. Na żywo jest podobno tylko lepiej. Aż szkoda, że jedna z najładniejszych rzek USA nie jest długości Amazonki – można by było jechać i jechać.

To samo dotyczy zresztą słynnej Route66. To doskonałe miejsce by pogodzić miłośników miast i miasteczek z ich trochę bardziej wyciszonymi kompanami. Miasta bowiem są ciche, wygasłe – czasem wydają się zupełnie opustoszałe, choć tylko w połowie to prawda. Część domów faktycznie stoi pusta – ludzie porzucili je ruszając w pogoń za kolejnymi miejscami pracy, gdy wymarły kopalnie, małe pola naftowe, a pastwiska zamieniły się w pustynię. Ale klimat pozostał. Nadal można zjeść w restauracji jak ze starego serialu, nadal można przejść po starych, drewnianych chodnikach. Ha, można napić się nawet wody sodowej z „antycznego” saturatora i kupić ciągutkę za pięć centów. Jeśli spacer przeszłość to tylko tutaj.

Solo i w duecie

Gdy chodzi o taką podróż, jedyne co budzić może troskę, to bezpieczeństwo (nie jestem pod tym względem wzorem do naśladowania; pogoń za nieznanym obiera mi zdrowy rozsądek – do czego wreszcie otwarcie się przyznaję). Para w podróży to trochę inna sprawa niż podróżująca samotnie kobieta. O ile przeciętny facet powinien dać sobie radę, to jednak cisza powoduje, że zaczynasz myśleć, że coś musi tam się na ciebie czaić. Zazwyczaj jest to wspomniany już piesek preriowy (którego towarzystwo jest dla mnie wystarczające), okazjonalnie włochaty pająk lub mniej włochaty grzechotnik.

Kobiety mogą mieć trudniej, bo ten bezkres i brak żywej duszy może nieco przerażać, zwłaszcza gdy nie ma się pojęcia o tym, jak zmienić koło w samochodzie. Żeby nie było – ja tę zdolność opanowałam którejś nocy, gdy ruszyłam w podróż na autostradę między Katowicami i Krakowem. Także Drogie Panie, jeśli wybieracie się kiedyś do USA solo i zamierzacie poruszać się samochodem to proponuję wcześniej zaliczyć wizytę w starej & jarej wulkanizacji made in Poland.

Podróż z humorem

Zdarza się jednak tak, że dzieją się rzeczy zabawne. Na drodze, która zdaje się nie mieć końca jedyne co powinno absorbować twoją uwagę to pilnowanie poziomu paliwa i wprowadzanie w życie komend nawigacji. I tak jedna z moich znajomych opowiadała mi kiedyś jak przebiegała ich podróż: „za 250 mil skręć w lewo, za 200 mil skręć w lewo, za 150 mil skręć w lewo…” Jaki efekt? Zarówno ona jak i jej chłopak byli już tak znudzeni i zagapieni w horyzont, że przegapili ten istotny zakręt (jedyny jak się domyślacie), odjeżdżając kolejne 100 mil w stronę zachodu słońca. Można i tak – zresztą podobno wcale nie żałowali.

Drogi i bezdroża USA to solidna dawka spokoju i majestatu. Zwłaszcza, że za zakrętem oddalonym o mil X czeka na ciebie „cywilizacja”, która zaspokoi wszystkie potrzeby z piramidy Maslowa. Gdziekolwiek nie jedziesz, zawsze na końcu czeka dobre jedzenie, uśmiechnięci ludzie, wygodne łóżko w hotelu i nocne niebo widoczne nawet w świetle miejskich latarni. W USA wszystko jest wielkie. Zwłaszcza wrażenia z podróży po bezdrożach.