Nie uwierzyłabym, gdyby ktoś przed laty powiedział mi, że jednym z pierwszych tekstów na blogu będzie wpis o Barcelonie. Może to rodzaj autoterapii, a może zwykła chęć ostrzeżenia Was o obliczu miasta i stworzenia opisu, którego nie znajdziecie w przewodnikach turystycznych.

Gdybym miała dać Wam jedną wskazówkę dotyczącą Barcelony brzmiałaby ona: nie jedźcie do niej! Jeżeli macie możliwość odwiedzenia jakiegokolwiek innego miejsca, wybierzcie je bez wahania. Barcelona to jedno z najbardziej przereklamowanych miejsc, jakie widziałam, w jakim mieszkałam. Może nie przez połowę mojego życia, a przez 4 miesiące. Ale uwierzcie mi, że to wystarczyło, by nadać miastu tytuł najbardziej znienawidzonego miejsca, w jakim kiedykolwiek byłam. Póki co – na szczęście – jedynego takiego. Posłuchajcie, dlaczego.

Podróżowanie jest brutalne. Zmusza cię do ufania obcym i porzucenia wszelkiego co znane i komfortowe. Jesteś cały czas wybity z równowagi. Nic nie należy do ciebie poza najważniejszym – powietrzem, snem, marzeniami, morzem i niebem – Cesare Pavese

Turysta, czyli gringo

W Barcelonie nigdy nie przestajesz czuć się przyjezdnym. Nawet podjęta w mieście praca czy studia nie zmienią Twojego statusu obcego. A gdy wydaje Ci się, że wreszcie udało się wtopić w krajobraz, mieszkańcy szybko przypomną Ci, gdzie Twoje miejsce. Mogę zrozumieć ich niechęć do tłumów rozdeptujących ich parki, alejki czy demolujących miejsca użytku publicznego i zabytki. Zrozumiałe jest to, że turystyka winduje koszty wynajmu (Ja za swoje mieszkanie płaciłam bajońską kwotę! Na koniec nie odzyskałam depozytu, ponieważ rzekomo zepsułam zmywarkę. Na nic miały się tłumaczenia, że nie wiedziałam nawet o jej istnieniu.) Trudno dziwić się, że Katalończycy serdecznie dosyć mają grup pijanych turystów dających do wiwatu do wczesnych godzin porannych czy nagich Włochów robiących awantury pod sklepem pod wpływem zbyt dużej ilości sangrii i popularnymi w mieście smakowych szotów (wystrzegajcie się zielonych!). Ale ostatnimi laty ta niechęć staje się tak ostentacyjna, że prawie nikogo nie dziwią już transparenty wysyłające turystów z powrotem do domu. Śmiały ruch, jak na miasto, w którym 14% wpływów do budżetu pochodzi z turystyki. Barcelonę, w której mieszka 1,6 mln mieszkańców, w ciągu roku odwiedza około 7 mln turystów. Do Wiednia liczącego 1,7 mln mieszkańców, w 2015 roku przyjechało ponad 14 mln turystów. Katalończycy walczą z nielegalnym wynajmem mieszkań przez internet i blokują wydawanie pozwoleń na budowę nowych hoteli. Austriacy zacierają ręce, rozbudowują bazę hotelową i liczą pieniądze. Zamiast wyganiać turystów może należy pogodzić się z faktem, że chcą Barcelonę odwiedzać i podjąć wysiłek takiego zorganizowania miasta, żeby się pod ich naporem nie udusić? Na razie wybrano metodę zniechęcania, której skutki na własnej skórze odczułam i ja.

Z kompletnym brakiem pomysłu na zrównoważony rozwój turystyki w Barcelonie, wiąże się wszechobecny w tym mieście tłok. Dał mi on mocno się we znaki, mimo, że w stolicy Katalonii pomieszkiwałam poza sezonem – od wrześnie do grudnia. Lepiej nie trafić tu na okres wakacyjny, ale nie każdy ma ten luksus i czasami trzeba się przemęczyć w lipcu. W Barcelonie słowo przemęczyć nabiera dosłownego znaczenia. Turyści są absolutnie wszędzie, trudno zaznać tu chwili spokoju. Przepychałam się praktycznie we wszystkich popularnych miejscach. Dlatego śmieszyły mnie reklamy zachęcające do spaceru po Parku Gaudiego, wśród ciszy, zieleni i spokoju. Być może, po północy. Tłok w połączeniu z temperaturą tworzy mieszankę piorunującą.

Mówisz Barcelona, myślisz Gaudi

Dla wielu turystów to główny powód by odwiedzić miasto. I wpadają w kolejną pułapkę. Jego prace architektoniczne są rozsiane po całym mieście i na pewno nie dasz rady pokonać tych odległości na piechotę. Nie wiem, jak macie Wy, ale ja połowę radości z odkrywania nowego miasta czerpię z chodzenia po nim. Tylko wtedy mogę się w nim w pełni zanurzyć, zagubić, zakochać. A wierzcie mi, zaglądnę dosłowne wszędzie. Idąc śladami Gaudiego, musimy skorzystać z transportu miejskiego. A potem dodatkowo odstoimy swoje w kolejkach, przebiegniemy przez kolejne miejsca w tłumie turystów, i nawet nie zauważymy, gdy z portfela wyparuje nam 200 euro. Nie ma co, Gaudi się ceni.

Na szczęście chwilę wytchnienia od upału dają plaże miejskie, m.in. jedna z najpopularniejszych w Europie Barceloneta. Dają tym, którzy znajdą wolny kawałek piasku między rozłożonymi tuż obok siebie ręcznikami, na których leżą inni zmęczeni aurą. Tym, których nie męczy brudna woda i sprzedawcy z dalekiej Azji reklamujący głośno i dosyć sugestywnie swoje towary w mgnieniu oka rozkładając je na Twoim ręczniku. Nie myśl więc, że na plaży zmrużysz oko. Bo jeśli przy odrobienie szczęścia nie będzie napastował Cię hinduski handlarz to zrobi to samozwańcza masażystka stóp, która pozbawi Cię obuwia szybciej, niż je założyłeś. A jeśli jakimś cudem nie dopadnie Cię ani jedno z nich i uda Ci się jednak na 5 min przymknąć oko, to nie zapomnij uprzednio pożegnać ze swoim dobytkiem. Podczas gdy Ty ucinasz sobie drzemkę – on z dużym prawdopodobieństwem zdążył już oddalić się w głąb miasta z nowym właścicielem. Tu przestroga dla pań – łupem najczęściej padają… buty!

W każdym miejscu, które odwiedziłam miejscowi doceniali, gdy staram się mówić do nich w ich ojczystym języku. Bywało, że mojej interpretacji bliżej było do chińskiego niż do hiszpańskiego. Innym razem nieco ponad normę trwało sklecenie podmiotu z orzeczeniem i dopełnieniem, ale zawsze spotykało się to z sympatią, ciepłym uśmiechem i zrozumieniem. Ale nie w stolicy Katalonii. Dumnej i wyniosłej. Tutaj każda niemal próba porozumienia się w języku hiszpańsku kończyła się przekierowaniem rozmowy na angielski (rzadko) albo kataloński (prawie zawsze). Rozumiem tendencje secesyjno-niepodległościowe. Rozumiem dbanie o zachowanie własnej odrębności językowej (w końcu kończyłam lingwistykę). Ale gdy widzicie turystę, dajcie mu szansę, dopuśćcie do głowy myśl, że nie zna waszej trudnej historii, a w danej chwili stara się nie pomylić, i jednak zamówić kieliszek wina a nie kefiru.


A jak już wam uda się zamówić ten kieliszek wina, liczcie się z tym, że zapłacicie za niego równowartość pensji pracownika polskiego dyskontu. Miasta nastawione na turystów są ze swojej natury drogie, ale Barcelona zdaje się dzierżyć pod tym względem palmę pierwszeństwa. Niewielkie porcje średnio smacznego jedzenia kosztują tyle, że zaczynamy się zastanawiać, czy nie taniej byłoby kupić sobie jakąś niewielką wyspę, i tam pojechać na odpoczynek. Jeżeli zdecydujecie się na posiłek na mieście, jak ognia unikajcie La Rambla. O zgrozo, w jej bezpośrednim sąsiedztwie mieszkałam. Ten kilometrowy deptak sam w sobie jest piękny, ale stołujcie się na nim tylko jeżeli macie ochotę na odgrzewane mrożone jedzenie, za które restauratorzy życzą sobie cztery razy tyle, ile jest ono warte. Jeśli la paella to nigdy tutaj! To, plus wszechobecni kieszonkowcy i nagabujące pijanych turystów prostytutki powoduje, że po pewnym czasie nie dostrzega się już piękna tej ulicy tylko ludzki ściek. La Rambla to dla mnie miejsce przeklęte.

Eldorado dla przestępców

Jeśli Amsterdam nazwać europejską stolicą legalnej prostytucji, to Barcelona jest jego wyrodną siostrą. Tyle że w skali globalnej. Po 23.00 w centrum miasta częściej potkniecie się o prostytutkę niż o nierówności w kostce brukowej. Nie myślcie sobie jednak, że sposoby sprzedawania usługi noszą znamiona legalnych. W Barcelonie poznałam grupę turystów z Polski. Zaprzyjaźniliśmy się. Podczas późnowieczornego spaceru miastem do moich znajomych, 2 mężczyzn spacerujących kilka kroków przede mną, podeszły 2 damy. Po krótkiej wymianie zdań, której towarzyszyła żywa gestykulacja obu grup jedna z pań niby przypadkiem potknęła się i wpadła na jednego z panów. Ledwo się zorientował, a kobieta trzymała jego okulary. Wymownym gestem imitującym miażdżenie dzierżyła je w dłoni każąc wypłacić sobie kilkadziesiąt euro w zamian za zwrot. Nawet gdybyśmy byli w posiadaniu okularów raczej trudno byłoby nam uwierzyć w to, co widzimy! A jednak. Gdy drugi z kolegów starał się odebrać jej własność ta zaczęła krzyczeć grożąc, że wezwie policję i posądzi ich o napad. Po odmowie wypłacenia pieniędzy rzuciła okulary na ziemię, po czym potraktowała je lateksowym obcasem. Możecie sobie myśleć, że miałam nie lada szczęście (pecha), że byłam świadkiem takiej sytuacji. Ja Wam jednak powiem, że na moje nieszczęście bywałam biernym świadkiem takich zajść kilka razy w tygodniu.

Było późno, więc zamówiłam taksówkę. Niby niedaleko, bo z Barcelonety w okolice La Boqueria. Taksówkarz podjechał tak daleko jak mógł, do przejścia miałam 15 metrów. Kilka kroków przed mieszkaniem minęło mnie 2 gości. Spojrzeli na mnie wymownie, a ja wiedziałam doskonale, co stanie się za moment. Skończyło się na lekkiej szamotaninie i skradzionej torebce z dokumentami, niewielką sumą pieniędzmi i kluczami. Nie minął miesiąc i ktoś włamał się do mojego mieszkania. Ta kradzież bolała dużo bardziej, bo pozbawiono mnie rzeczy bezcennych z sentymentalnego punktu widzenia. Złodzieje zabrali dyski ze zdjęciami z mojego całego życia. Sprawę zgłosiłam na policji, która potraktowała mnie, jakbym przyszła zapytać o drogę. Mieli zadzwonić następnego dnia, ale się nie odezwali. Doby mijały, a ja naiwnie żyłam nadzieją. „Szukają sprawcy” – myślałam. Po kilku dniach ciszy spojrzałam wreszcie na dokumenty, które dostałam na posterunku. Nie dość, że przez błędy w nazwisku, te było niemal nie do rozszyfrowania, to jeszcze w polu narodowości widniał napis: „ALEMANA” (Niemka). Tego było już dosyć. Tego samego dnia kupiłam bilet do Polski.
Niestety, żeby przekonać się jakie jest prawdziwe oblicze Barcelony nie wystarczy wpaść do miasta na imprezowy weekend. Tutaj trzeba pomieszkać. Dopiero wtedy dostrzega się rządzące miastem schematy, prądy ludzkie, drgania powietrza i falowanie tłumu. Nie radzę Wam sprawdzać tego na własnej skórze. Jeśli jednak zdecydujecie się na odwiedzenie Barcelony – trzymam kciuki za Wasz komfort i bezpieczeństwo. W moim idealnym scenariuszu na podróże przyszłości – do Barcelony nie wracam już nigdy.