Zobacz, przeczytaj i przekaż dalej.

Oglądany skok był moim drugim. Kiedy wdrapałam się na szczyt targało mną coś zupełnie innego niż po pierwszym razie. Nie czułam strachu, czułam obawę. Niepokój. Jakiś głos wewnątrz mnie krzyczał, bym nie skakała. Zrobiłam to już przecież raz i udowodniłam sobie, że potrafię. Mój instynkt samozachowawczy, który tyle razy ratował mnie z opresji bił na alarm. A ja, w ferworze wakacyjnego uniesienia, zrobiłam najgorsze co mogłam. Zignorowałam go.

Bycie w locie, choć przez chwilę, jest uczuciem nieporównywalnym z żadnym innym. Myślisz sobie wtedy jak bardzo czujesz się wolny, jak jesteś odważny, że zdecydowałeś się skoczyć. Jak niezłomny, że pokonałeś strach. Jaki z ciebie kozak, bo nie spękałeś. Im bliżej ci do powierzchni wody, tym większą czujesz lekkość i rozluźnienie.

W taflę weszłam jak strzała. Towarzyszył temu typowy dla takiego plaśnięcia huk i szum bulgotu bąbelków powietrza pod wodą. Czułam jak głęboko nurkuję. Ekscytujące uczucie, tak przecież swobodnie czuję się w wodzie. Bardzo szybko zeszłam na głębokość kilku metrów, stosunkowo wolno wytracając prędkość. Do czasu. Nagle, w mgnieniu oka, z sekundy na sekundę, wytraciłam ją do zera. Całkowicie. Gwałtownie i niespodziewanie. Coś poszło nie tak.

Jak wybudzona z amoku otworzyłam oczy i choć byłam kilka metrów pod wodą, obraz był ostry jak żyleta. Błyskawicznie wyostrzyły się też pozostałe zmysły. W mojej głowie i wokół zapanowała całkowita i totalna cisza. Nigdy jej nie zapomnę. Była porażająca. Gdy już zdałam sobie sprawę z tego, co właśnie się wydarzyło przeszyło ją to jedno pytanie, którego nigdy w życiu nie chce sobie zadać żaden człowiek. Przysięgam, że chwila, w której udzielałam sobie na nie odpowiedzi była najdłuższym i najbardziej przerażającym momentem w moim życiu.

„Czy potrafię ruszać nogami?”

Wpadłam do wody w złym miejscu. Zbyt płytkim. Uderzyłam z impetem plecami o skały na dnie. To była chwila, ułamek sekundy. Zniosło mnie albo źle się wybiłam. Nie wiem. Ostrożność stępił widok dziesiątek ludzi (w tym dzieci), skaczących przed i po mnie. Skoro im nic się nie stało, dlaczego mnie by miało? Dziś wiem jak bardzo nieracjonalny był to argument.

Skoro zakładasz, że będziesz miał tyle szczęścia, by bezpieczenie wpaść do wody, dlaczego nie zakładasz, że równie dobrze możesz go nie mieć?

Logika przeczy emocjom. W takich warunkach, o tym czy właściwie trafisz decydują szczegóły. Podmuch wiatru, prąd wody, centymetry różnicy w tym skąd się wybijasz. Wydaje ci się, że skaczesz w to samo, co inni miejsce, ale to bardzo subiektywne odczucie. Zwłaszcza, gdy nie znasz dna. To, co widzisz z poziomu kilku metrów nad wodą jest złudnym wyobrażeniem tego, co spodziewasz się tam spotkać. Przyszło mi się o tym przekonać równie dotkliwie, jak i o tym, że to, co nazywałam odwagą, nie ma z nią nic wspólnego, gdy podejmujesz takie ryzyko.

Gdy skaczesz z kilkumetrowych skał do wody, której dna nie znasz, nie jesteś odważny. Jesteś zwyczajnie głupi.

To zawsze przytrafia się komu innemu, nigdy Tobie. Widzisz spoty w TV. Słyszysz o znajomym znajomego, którego to spotkało. Ale nigdy nie podejrzewasz, że może to dotknąć właśnie Ciebie. Chwila dekoncentracji, wakacyjne rozluźnienie, chęć dotknięcia ekstremum choć na krótką chwilę może zaprowadzić Cię w najbardziej ślepy zaułek Twojego życia.

W każdej godzinie od chwili wypadku dziękuję za opatrzność mojemu Aniołowi Stróżowi. Złamałam kość krzyżową. Aż i tylko. Przede mną 2-miesięczna rekonwalescencja. Uraz pewnego dnia wyleczę. Ale słów lekarza oglądającego rentgen nie zapomnę do końca życia: „To niezwykłe ile miała pani szczęścia. Gdyby tylko uderzyła pani minimalnie wyżej…”

W pewnym sensie to naprawdę był mój skok życia. Drugiego.

Błagam. Niech moja historia będzie dla Was przestrogą. NIGDY nie skaczcie do wody, jeśli nie znacie dna ani głębokości. NAWET jeśli poza Tobą, skaczą dziesiątki osób…!!! Zawsze możesz być tą jedną na milion, o życiu i zdrowiu której zadecydują milimetry. Uwierzcie mi, nie warto. Tak cholernie nie warto.