Nie ma powszechnie przyjętego nastroju czy stanu ducha. Właściwego miejsca czy odpowiednich okoliczności. Żadna koncepcja nie przetrwa nienaruszona od początku do końca. Pory złej czy dobrej też nie ma. Ani pretekstu. Wszystko jest kwestią szalenie indywidualną. Dla jednego to sylwestrowa godzina zero. Dla innego proroczy sen, który ustąpi miejsca prawdziwej mobilizacji. Dla jednych konieczność, dla drugich alternatywa, dla jeszcze innych – szansa.

Każdy przecież początek to tylko ciąg dalszy, a księga zdarzeń zawsze otwarta w połowie – Wisława Szymborska

Początki.

Tak niedoceniane, a przecież najlepsze. W pracy, w związku. W pierwszych chwilach spotkania z niewidzianym od miesięcy przyjacielem. Pierwszym przekroczeniu progu nowego mieszkania. W pierwszych minutach lotu wnoszącego się samolotu. Na pierwszej randce.

Uczucia towarzyszącego początkom, niezależnie od tego, czego one dotyczą nie da się zastąpić, sztucznie wygenerować czy nienaturalnie pobudzić. Bo początek nowego, to oddzielna emocja – przynajmniej dla mnie. Żadnemu bowiem innemu etapowi pracy czy działania – czegokolwiek by ono nie dotyczyło – nie towarzyszą niczym niezmącony entuzjazm, nieodróżniający dnia od nocy zapał i nieznająca ograniczeń kreatywność.

Tak właśnie się czuję wkraczając w nowe, nowe. Pozytywnie nakręcona, tryskająca pomysłami, sięgająca wizjami poza horyzont. Uwielbiam początki i wszystko, co ze sobą niosą. Tę adrenalinę, pobudzenie, przekonanie, że wszystko się da. Jestem w tej kwestii mocno tendencyjna – Nowy Rok zawsze pozwala mi pozytywnie się zmobilizować. Od sylwestra minął ponad tydzień, a mnie nadal „trzyma”. To chyba dobrze? Niezależnie od tego, czy podzielacie moje nastroje związane z zastrzykiem mocy o Północy życzę Wam, aby Nowy Rok, też przyniósł Wam taki moment. Gdy czujecie jak cholernie Wam się chce!