Nie potrafię przestać opowiadać o piłce nożnej. Gotowi na kolejną rundę po światowych stadionach? Zaczniemy od 1982 roku…

Po bezbramkowych remisach z Włochami i Kamerunem, reprezentacja Polski zajmowała ostatnie miejsce w grupie MŚ 1982 roku i tylko zwycięstwo nad Peru mogło nas uratować. Wyszliśmy na boisko i w ciągu 21 minut strzeliliśmy Peruwiańczykom 5 bramek. Estadio Riazor w La Coruni i hiszpańskie słońce okazały się dla nas tego dnia bardzo szczęśliwe i po niezbyt fortunnym początku, udało nam się wyjść z grupy.

Stadion w La Coruna (fot. Wikimedia Commons)

Po wyjściu z grupy wylądowaliśmy w kolejnej grupie, taki był wtedy system. W pierwszym meczu Boniek strzelił 3 bramki Belgom, drugie spotkanie graliśmy z ZSRR. Sprawa miała oczywiście wymiar polityczny, bo wiemy, jak było. Było ciężko, stan wojenny, Polacy pod butem wojska, szaro i bez nadziei. Wszystkie spotkania w tej grupie rozgrywane były na najsłynniejszym stadionie świata Camp Nou. I stadion ten okazał się dla nas szczęśliwy, Polacy po heroicznym boju, z niezapomnianym tańcem Włodzimierza Smolarka w narożniku pola gry, wywalczyli bezbramkowy remis. Wyeliminowanie ZSRR było symbolicznym zwycięstwem, które dało nam najzupełniej realny awans do półfinału MŚ.

Camp Nou – stadiom ważny i wyjątkowy (fot. Wikimedia Commons)

W półfinale nie mógł zagrać Boniek, który miał być naszym batem na Włochów, ale wykorzystał limit żółtych kartek i przegrane 0:2 spotkanie oglądał z ławki. Pozostał nam mecz o 3 miejsce z Francją, zdemolowaną w drugim półfinale przez Niemców, którzy wbili Francuzów w ziemię. Był to bardzo brutalny mecz, gracz Francji Battiston został po faulu zabrany do szpitala.

Mecz zaczęliśmy źle, ale po raz kolejny słońce Hiszpanii było dla nas łaskawe i po strzeleniu 3 bramek w ciągu 6 minut, mogliśmy się cieszyć trzecim miejscem na MŚ. Świadkiem tego wyczynu była publiczność zgromadzona na Estadio José Rico Pérez w Alicante. Według mnie najszczęśliwszy stadion dla Polskiej Reprezentacji.

Sentyment do stadionu w Alicante jest ogromny! (fot. Wikimedia Commons)

Klątwa Piechniczka

Z meksykańskim Mundialem w 1986 roku pożegnaliśmy się, gdy po wyjściu z grupy (wystarczyła do tego jedyna strzelona przez nas na tych mistrzostwach bramka), wpadliśmy na Brazylię. Przegraliśmy 0:4 ale mecz mógł potoczyć się inaczej gdyby Tarasiewicz nie trafił w słupek a Karaś w poprzeczkę. Potem sędzia podyktował rzut karny z kapelusza i było po nas. Pozostał nam niedosyt i słynna klątwa Piechniczka, który życzył swoim następcom co najmniej takich rezultatów. I faktycznie, następny mecz na imprezie tej rangi zagraliśmy dopiero w 2002 roku na MŚ w Japonii i Korei. I o tych mistrzostwach każdy fan futbolu w Polsce chce jak najszybciej zapomnieć. Ale w całej tej mizerii nie możemy zapomnieć o meczu, który dał nam do tych mistrzostw awans. Podejmowaliśmy u siebie Norwegię, wygraliśmy 3:0 i jako pierwsza drużyna z Europy wywalczyliśmy promocję do finałów. To spotkanie rozegraliśmy na stadionie, który widział w swojej historii najwięcej – w Chorzowie. Awans na MŚ po 15 latach (mecz graliśmy 1 września 2001 roku) ucieszył wszystkich. Postawa naszych na samych mistrzostwach już mniej.

Stadion w Chorzowie… tyle historii! (fot. Wikimedia Commons)

Historyczny awans

W 2006 roku posadę selekcjonera reprezentacji objął Leo Beenhakker. Główny cel – pierwszy awans do Mistrzostw Europy. I znowu Stadion w Chorzowie nam sprzyjał. Najpierw wygraliśmy na nim z faworytem grupy Portugalią, a potem zwycięski mecz z Belgią dał nam historyczny awans. To był najpiękniejszy dzień w życiu wielu kibiców.

I jeszcze raz zajrzyjmy do Chorzowa (fot. Wikimedia Commons)

Przepiękny stadion w Klagenfurcie, oddalony o 4 kilometry od okolonego górami jeziora Worthersee miał być areną pierwszego w historii Reprezentacji Polski meczu na Mistrzostwach Europy. Szczęśliwie miałam okazję pracować na tychże Mistrzostwach jako wolontariuszka. Przyszło nam się zmierzyć z Niemcami, po dwóch bramkach Podolskiego zeszliśmy z placu pobici, ale nie pokonani. Pechowy remis z Austrią po nieco problematycznym karnym, o którym do dziś pamięta każdy, kto jedenastkę widział, i mecz matematycznej ostatniej szansy z Chorwacją, ponownie w Klagenfurcie. I znowu arena ta okazała się nie być dla nas zbyt szczęśliwa, Chorwaci wygrali 1:0, a my zakończyliśmy nasz pierwszy występ na tej imprezie na ostatnim miejscu w grupie.

Pechowy Klagenfurt (fot. Wikimedia Commons)

Mistrzostwa Europy 2016

Wyjście z grupy było planem minimum. Drugie miejsce w grupie za Niemcami dało nam awans. Ze Szwajcarią rozegraliśmy mecz, który wielu kibiców Polskiej Reprezentacji wysłał na OIOMy albo na dużą wódkę. Miałam okazję pracować i na tych Mistrzostwach, a wspomniany mecz był najbardziej emocjonującym, jakie kiedykolwiek w życiu widziałam. Wygraną wywalczyliśmy w szarpiących nerwy karnych i nagle stało się coś nieoczekiwanego. Byliśmy w ćwierćfinale. Mecz z Portugalią graliśmy na obiekcie goszczącym czwartą wielką imprezę piłkarską (trzykrotnie ME i raz MŚ) – Stade Velodrome w Marsylii. Przed gigantyczną publicznością stoczyliśmy przepiękny pojedynek. Mecz zelektryzował nie tylko fanów piłki nożnej. Przed telewizorami dnia 30 czerwca 2016 siadło prawie 16 mln Polaków. Było to wydarzenie sportowe z najwyższą oglądalnością w historii polskich badań telemetrycznych.

Spotkanie pamiętamy wszyscy, w regulaminowym czasie gry remis 1:1, dogrywka i karne, o których Kuba Błaszczykowski nie zapomni prawdopodobnie do końca życia. Portugalia została potem Mistrzem Europy, więc polegliśmy z nie byle kim. Ale pewnie wszyscy zastanawiamy się, co by było gdyby strzał Kuby poszedł w drugi róg… Tak czy inaczej, już w przyszłym roku Mistrzostwa Świata w Rosji, na których – po ostatniej wygranej z Czarnogórą, raczej na pewno nas nie zabraknie.

Mecz na stadionie w Marsylii przyciągnął miliony Polaków przed telewizory (fot. Wikimedia Commons)